Jakiś czas temu opublikowałam na fejsbuku i Insta naszego bloga makulscy.com tekst, który mówił o moich odczuciach na temat influence marketingu.

Brzmiał dokładnie tak:

Nienawidzę słowa „influencer”.
Ma dla mnie tylko i wyłącznie negatywne skojarzenia. Nie lubię gdy ktoś na mnie „wpływa” i nie lubię „wpływać” na innych.

To, co od jakiegoś czasu obserwuję w social mediach przyprawia mnie o zawrót głowy. Plastikowe zdjęcia plastikowej rzeczywistości, które nie mają nic wspólnego z codziennym życiem. Niestworzone historie snute na zlecenie agencji marketingowych tylko i wyłącznie po to, by sprzedać kolejny „niezbędny” produkt. Kolejne zbiórki pieniędzy na podróże, bo przecież „to moje marzenie i muszę je spełnić” zanim jak ty, zwykły śmiertelniku, zacznę na nie normalnie zarabiać. Bark zahamowań, megalomania, dwulicowość, wciskanie kitu na kilogramy, zero szacunku do świata i do siebie.

Grrrrgh.

Jakiś czas temu w książce Elizabeth Gilbert „Big Magic” przeczytałam, zdanie, które dało mi dużo do myślenia – „autentyczność jest lepsza od oryginalności”. Zdecydowanie najlepiej oddaje moje spojrzenie na nasze bycie online i to, czego oczekuję od osób, które sama obserwuję przez filtr social mediów.

W sumie to prosta zasada, prawda? A jednak mam wrażenie, że dla wielu osób cholernie trudna do wprowadzenia w życie.

Lubię czerpać inspiracje i uczyć się od ludzi, których cenię i podziwiam – i na żywo i tu, w sieci. Lubię dzielić się tym, czego nauczyłam się sama, opowiadać o tym co zobaczyłam, co przeżyłam i co siedzi mi w głowie. Cieszę się jeśli to, o czym piszę i mówię czasem z Tobą zostaje. I obiecuję Ci, że zawsze będę szczera i nigdy, przenigdy nie spróbuję na Ciebie w żaden sposób „wpłynąć”. Za bardzo szanuję Twój czas i doceniam to, że poświęcasz choć kilka chwil, żeby do nas zaglądać ❤

Ten tekst, chociaż mówił wyłącznie o moich odczuciach wywołał kilka żywiołowych reakcji i był zaczątkiem wielu gorących dyskusji.

Ale przede wszystkim odniósł jeden cel – na naszego maila przestały masowo wpływać wiadomości od agencji marketingowych z propozycją współpracy z markami, o których nie mieliśmy pojęcia. Propozycje odpłatnego zachęcenia naszych odbiorców do zakupu kolejnych kurtek, butów, zegarków, spodni, kremów, jedzenia, alkoholu (i to nawet nie czerwonego wina…!!), sprzęt audio-video i gospodarstwa domowego zasypywały naszą skrzynkę odkąd zostaliśmy wyróżnieni nagrodą Twórcy Roku w kategorii Podróże w konkursie Gala Twórców. Nasz niszowy blog nagle zaczął mieć  znaczenie marketingowe, a nasz wizerunek nadawał się do nakręcenia cudzych biznesów. A mnie coraz bardziej mdliło, gdy odrzucałam kolejne, i kolejne, i kolejne „niepowtarzalne” propozycje.

Na początku był chaos

Odkąd zaczęliśmy blogować nasze spojrzenie na to, co chcemy osiągnąć z bycia online zmieniło się 180 stopni.

Na początku zależało nam, żeby więcej podróżować . Zabiegaliśmy o kolejne współprace, szukaliśmy kontaktów biznesowych na targach turystycznych, wysyłaliśmy oferty. Wydawało nam się, że wyjazdy sponsorowane i press-tripy to coś, w czym się odnajdziemy. I za każdym razem, gdy udało nam się nawiązać taką współpracę spotykało nas rozczarowania. Poświęcaliśmy urlop, żeby wyjechać i… dalej pracować. Musieliśmy trzymać się sztywnych planów, robić zdjęcia i notatki, czasem nawet rozdzielać się, gdy okazywało się, że jakaś „obowiązkowa” według kontraktu atrakcja nie jest psiolubna. Byliśmy zniechęceniu i zmęczeni i mimo, że na podróż nie wydaliśmy zbyt dużo (albo w ogóle kasy) wcale nas to nie cieszyło. I tak, to była ZDECYDOWANIE NASZA WINA, bo świadomie w to brnęliśmy.

Tak samo świadomie, choć już zdecydowanie rzadziej, przyjmowaliśmy propozycje reklamy ciuchów, sprzętu, czy innych gadżetów. Co prawda zawsze twardo negocjowałam warunki i odpuszczałam, gdy okazywało się, że mamy wręcz zarzucać naszych odbiorców sponsorowanymi postami i zdjęciami wciąż nowych i nowych produktów, to jednak brnęłam w ciągłe nakręcanie konsumpcjonizmu i sprzedaży produktów, które wcale nie były nam potrzebne.

Przed publikacją kolejnych zdjęć na instagramie zastanawiałam się, co zrobić, żeby podkręcić zasięg i  jakie hasztagi „zażrą” najlepiej. Liczyłam serduszka, wkurzałam się nierosnącą liczbą obserwatorów i – co najgorsze – praktycznie nie wypuszczałam telefonu z ręki. Zawsze chciałam być na bieżąco.

Dziś wiem, że to nie byłam ja. Zabrnęłam za daleko w coś, co zupełnie mi nie odpowiadało.

Różne drogi

Mam wielu znajomych, którzy dzięki blogowaniu rozkręcili własne biznesy, układają plany wycieczek, pracują jako przewodnicy i piloci wycieczek, piszą książki i wypuszczają własne produkty w świat. Mam znajomych, którzy blogują, bo lubią i wcale nie myślą o zarabianiu online. Mam również znajomych, którzy bardzo sensownie i wybiórczo dobierają współprace z markami, stawiając przede wszystkim na jakość i autentyczność.

I bardzo ich wszystkich cenię.

Ale mam też wielu (byłych) znajomych, którzy po uszy tkwią w influencerskiej machinie. Bezmyślnie promują kolejne produkty, nakręcają sprzedaż za wielkie pieniądze, lub przysłowiowe „dary losy”, przebierają się do zdjęć na szczytach gór w zwiewne sukienki, pokazują wyidealizowany, sztuczny obraz świata i własnej codzienności. Nie oznaczają tekstów i zdjęć sponsorowanych. Nie wiem, kiedy polecają coś szczerze, a kiedy zapłacono im (i to słono), żeby przemilczeli wady produktu. Nie zastanawiają się co puszczają w świat, promując totalnie nieetyczne i nierealistyczne podejście nie tylko do podróży (z psem i bez psa) ale generalnie do życia.

I tego mam już serdecznie dość.

Więc o co tak naprawdę chodzi w tym blogowaniu?

Dzięki umiejętnościom, które zdobyliśmy blogując zmieniliśmy nasze życie. Michał odkrył dla siebie programowanie i zupełnie się przekwalifikował, a ja zaczęłam zarabiać pisząc teksty (nie tylko podróżnicze) do druku i na strony internetowe (pisałam o tym tutaj). Ponad dwa lata temu zaczęliśmy pracować tylko i wyłącznie zdalnie. Nigdy nie zarobiliśmy kokosów na publikacji zdjęć i postów na blogu, ale dzięki blogowaniu zaczęliśmy zarabiać na życie w  sposób, który wcześniej nigdy nie przyszedłby nam do głowy.

Chociaż na początku zachłysnęłam się możliwościami jakie dawało nam blogowanie samo w sobie wraz z upływem czasu coraz bardziej przekonywałam się, że nie do końca idą one w parze z moim spojrzeniem na życie.

Dziś w byciu online chodzi mi przede wszystkim o dzielenia się wrażeniami, emocjami i przemyśleniami. O autentyczność, której sama szukam pośród osób tworzących w sieci. O wykorzystanie obecności w sieci, żeby zrobić coś dobrego.

Chcę wciąż pisać o tym co dla nas ważne, a nie o tym co dobrze się kilka. Nie chcę już tracić czasu na SEO i na hasztagi, walczyć o zasięgi, odsłony i nowych użytkowników. Dobrze mi tak jak jest. Znalazłam swoją drogę i święty spokój.

Chce pisać o pasji do pisania, o podróżach, o stracie, rozpaczy i o czarnych myślach. O świadomym wyborze życia bez dzieci, o rezygnacji z jedzenia mięsa i o tym, że nasza planeta umiera, a my nic z tym nie robimy. Chcę wspierać i polecać działania, inicjatywy i marki, które znam, cenię i lubię niezależnie od jakichkolwiek współprac. A najwięcej chcę pisać o psach <3 Bo bez nich moje życie nie byłoby pełne.

Chcę przypominać Ci jak cenny jest nasz czas, i że nie warto rozmieniać go na drobne. Że trzeba się kochać i przytulać, i spędzać każdą wolna chwilę razem. Chcę, żebyś wiedziała, że warto szukać swojej drogi i zmieniać życie nawet jeśli inni mówią, że jest za późno.

Pisanie bloga to moja „iskierka”, która czasem roznieca ogromny ogień i pcha mnie do zmian, a czasem po prostu się tli i pomaga przetrwać trudny czas. To moje miejsce i mój czas na opowiadanie o tym, co dla mnie ważne.

A jeśli czytając moje teksty odnajdziesz swoją „iskierkę” i rozniecisz swój własny płomień to dla mnie największa nagroda. Każda adopcja, każda podróż, każda zmiana, której początek dało to, co napisałam to dla mnie znak, że jestem i piszę po coś.

I o to właśnie dla mnie chodzi w blogowaniu.

aleks.


2 Komentarze

Karolina Sawka · 22 czerwca, 2021 o 6:34 am

Wiosenna edycja szuflady się kończy, więc postanowiłam nadrobić wszystkie teksty dziewczyn na stronie klubu, ale też Twojego bloga, bo uwielbiam jak piszesz :) Tak lekko mi się czyta, a jednocześnie bardzo angażująco. Dziękuję, że mogłam przeczytać historię Twojego blogowania. Cudownie, kiedy zmieniamy swoje życie na lepsze i dzielimy się tym z innymi <3

    Aleks · 6 lipca, 2021 o 3:49 pm

    Dziękuję, Karolina! <3 Ściskam Cię!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *